Idyjotka postanowiła się rozmnożyć

Powiedzmy, że to blog-córka. Choć lepiej wyglądałoby "córki".
Tego blogu .

A gdyby ktoś szukał ojca - znajdzie go tu :)

Miłego czytania.


20.07.2016

Trzy panny wesołe

              Lilka, 5 miesięcy
                                                        Rózia, 5 miesięcy
                                                                                                           Adelka, 4 miesiące


13.06.2016

O samodzielności

Lilka, 6 lat i 7 miesięcy

Uparła się, żeby pójść samodzielnie na plac zabaw.
- Może z Rózią? - zagajam, bo chyba bardziej zaufaniem darzę zgrany team cwanej czterolatki twardo stąpającej po ziemi i eterycznej sześciolatki, która niby rozsądna, ale jest w stanie zapomnieć, po co wyszła z domu.
Jednak Rózia się nie kwapiła, a Lilianka twardo i z wyraźną ekscytacją nastawała na uzyskanie pozwolenia samodzielnego opuszczenia budynku.
- No dooobrze - zgodziliśmy się w końcu, choć miałam w żołądku spory kłębek strachu, bo to i samodzielnie, i przez przejście dla pieszych (ze światłami, ale ulica to ulica). Kazałam młodej szybko wracać, bo nie wiem, jak długo potrafiłabym siedzieć w domu i na nią czekać.
Lila wyszła, za chwilę ruszył za nią Tatuś Kochany na przeszpiegi - niby to po piwo na meczyk, ale przy okazji zerknie.
Spotkali się w drodze powrotnej - Lilka już zmierzała do domu, pomna obietnicy.

Potem zwierzała mi się tonem śmiałka, który udziela wywiadu po samodzielnym zdobyciu Czomolungmy. Na wózku. Podczas burzy. Z ręką w gipsie.
- Ja wróciłam szybko, bo pamiętałam, że ci obiecałam, że wrócę szybko. I wiesz, jak szłam tak sama, to się czułam taka odważna. I pomyślałam, że chcę dalej iść tą drogą.

Ach. Moja mała-duża córeczka.





A tymczasem Adelka:

24.05.2016

O czasie. Tym czasie.

Adelka, 3 miesiące i 5 dni

Musiałam poodkurzać - Adel lubi takie atrakcje, więc posadziłam dziecko w leżaczku, niech się uczy.
Dziecko prezentowało się nieco smętnie (prorokuję jej taki sam stosunek do porządków, jak reszty mojej rodziny...), zatem w ramach uatrakcyjnienia czasu wolnego odpakowałam grzechotkę, którą dostało niedawno.
Dziecko nie okazało grama zainteresowania, nadal smętnie patrzyło w dal, na próby włożenia grzechotki do łapy (sama jeszcze nie potrafi chwycić zabawki) zareagowało anemicznie, robiąc rybią dłoń i natychmiast wypuszczając grzechotkę.
- Trudno, kiciu, widać to jeszcze nie ten czas - powiedziałam na pocieszenie, wspominając jak dwumiesięczna Lilka-hero dzierżyła krzepko grzechotki i zagadywała do nich uprzejmie - i wyszłam z pokoju przynieść odkurzacz. Nieinteresującą grzechotkę położyłam gdzieś przy nóżkach Adelki.

Po powrocie zastałam widok. Widok mnie zaskoczył:

Ale co tak patrzysz? Chyba mogłam, nie?




12.05.2016

O prostocie


Adelka, 2 miesiące i 3 tygodnie

Wchodzę kilka dni temu do pokoju, gdzie zostawiłam małego Adela fikającego na dywanie, a tam nad młodą wisi Róźka i śpiewa jej własnego pomysłu piosenkę z refrenem "Adelko mała, jesteś doskonała".

Można docenić poetyckie zapędy czterolatki, można nie doceniać - ale nie sposób nie zgodzić się z treścią. Adelka jest wcieleniem tej słodkiej, uroczej dziudziusiowatości z reklam kremu do pupska czy innych niemowlęcych utensyliów, a przy tym jest dziecięciem tak niekłopotliwym, że z obawą czekam na moment, kiedy wyjdę sama na spacer, bo zapomnę, że mam w domu jakieś niemowlę.

Młodsza siostra Lili i Rózi ochoczo przygarnęła sztandarowe cechy szczególne obydwu, dbając jednakowoż o to, żeby nie szarżować, jak siostry, i nie imponować nikomu ani niepohamowaną żarłocznością, jak malutka Różyczka, ani umiłowaniem snu na granicy somnolencji, jak młodziutka Lilianka.
Adelka wirtuozersko wyważa wszelkie niemowlęce zachowania, jedząc chętnie, aż będzie syta i ani trochę dłużej, zasypiając wtedy, kiedy jest zmęczona i śpiąc do chwili, aż się wyśpi albo znów jest głodna, a w międzyczasie rozdając zniewalające bezzębne uśmiechy.
Jest nieprzeciętna w swojej przeciętności, perfekcyjna w działaniu według planu, niespotykanie przewidywalna, jest podręcznikowym modelem niemowlęcia, niewystępującym w naturze.

I oby nie była potem podręcznikowym modelem zbuntowanej nastolatki, bo sobie z Tatusiem Kochanym nie poradzimy. Amen.


Tu Adelka rozkminiająca nową zabawkę. Gra - cieszymy się. Nie gra - czekamy, aż zagra. Proste? Proste.
video



11.05.2016

Dyplom

Lilianka, 6,5 roku

Tatuś Kochany skomentował "Kiepsko trochę, żadnego postępu od zeszłego roku".


Finały. Liliana o mało co nie weszłaby na scenę, ponieważ - pochłonięta duszą i ciałem konsumpcją ciastka - przeoczyła fakt, że wyczytano jej nazwisko. Stąd podczas występu na gali rozdania nagród była nieco rozkojarzona.
Jakie szczęście, że w czasie samego konkursu dzieci nie były niczym częstowane! Lila przepadłaby z kretesem, pokonana przez podstępne węglowodany i tłuszcze.

Jak widać, panie wypisujące dyplomy od dwóch lat ignorują fakt, że Liliana ma tylko jedno "n" w imieniu. Trudno, przeżyjemy.

27.04.2016

Konkurs recytatorski 2

Lila, 6,5 roku

Rok temu było tak. I tak.
W tym roku Lilka znowu startuje w konkursie. Dzisiaj był występ. Wyniki wkrótce.

Tu filmik wykonany trzęsącą się ręką matki. Zdecydowanie nie do Oscara, ale coś tam widać.

Trochę artystkę rozpraszają katar i za duże butki (cudem znalezione dziś w pawlaczu, bo matka, kompletując strój, zapomniała kompletnie o dołach i mało brakło, a Lilka poszłaby się prezentować w czystych inaczej adidaskach), ale nieśmiało uważam, że jest moc.

Zapewne duży w tym udział pożyczonej na tę okazję sukienki wizytowej, którą Lila jest zachwycona i która dodaje jej otuchy. Latała dziś w niej po domu od 8 rano i zadawała szyku. Całe szczęście udało mi się ją namówić, żeby do śniadania założyła fartuszek.

video




22.04.2016

A ten szczypiorek ma być gruby czy cienki?

Lilka, 6 lat, 5 miesięcy 

Ile razy słyszeliście od rodziców "Wynieś śmieci!"? Rodziców, żon, mężów...
A kto pamięta, kiedy był ten pierwszy raz?
Lilka weszła dziś do pokoju Adelki (a raczej "pokoju z Adelką", bo swojego własnego młoda się jeszcze nie dorobiła i kto wie, czy to kiedykolwiek nastąpi), pociągnęła noskiem i skonstatowała, że wyczuwa coś jakby nikły fetorek. "Nikły fetorek" jest tu określeniem odnarratorskim, nie przeceniajmy sześciolatki. Tym niemniej - woniało. Kosz na pieluchy zawieszony na łóżeczku, niezależnie od tego, jak szczelną ma klapę, jest wynalazkiem tyleż wygodnym, co wymagającym bardzo regularnej obsługi.

Już w czynie społecznym podnosiłam się z wyrka, na którym spędzałam właśnie z Adelką przemiłe tête-à-tits, kiedy zaświtała mi zrodzona z lenistwa myśl, że Lilka jak na najstarszą córkę ma coś za mało obowiązków:

- Lilcia, wyniesiesz te pieluchy na śmietnik, co?
- Ale jaaa? - młoda osłupiała i od razu zaczęła się bronić - Nie, ja nie wyniosę! Ja się boję!
- Czegóż się boisz niebogo? Śmietnika czy pieluch?
- Boję się sama wyjść z domu.
Oj, niedobrze. Upupiłam dziecko.
- Słoneczko, przecież to tylko na podwórko i z powrotem, dasz radę. Wyjdziesz, wyrzucisz, wrócisz. Zajmie ci to minutkę. Tata może patrzeć z balkonu.
Lila z wahaniem przyznała mi rację, a pocieszająca myśl o tacie na balkonie dodała jej otuchy.

Do wyprawy przygotowała się rzetelnie. Buty, kurtka, czapka, szalik (tak, proszę Państwa, mamy kwiecień, ale Lila dba o siebie).
Podobnie do śmieciowego show przygotowuje się Różyczka, gotowa kibicować wyczynowi siostry z wyżyn balkonu.
- No, Różyczko - poważnie uświadamia Lila młodszą siostrę - ja teraz na chwilę wyjdę. Nie bój się, jak mnie nie będzie, pójdę tylko wyrzucić śmieci i zaraz wrócę.

Lila wyszła.
Werble.
Za chwilę wróciła:
- Mamo, ale daj mi jakąś gumkę, dobrze?
- Po co ci gumka?
- Żeby mi się drzwi nie zamknęły.
No tak, drzwi na podwórko się zatrzaskują, wprawdzie da się je przytrzymać kawałkiem sznurka zahaczonym o klamkę i hak na ścianie, sznurek ten jednak regularnie ginie i co chwilę trzeba wieszać kolejny.
- Myszko, jak ci się zatrzasną, to wejdziesz drzwiami od ulicy. Otworzysz sobie kodem.

Zaniepokojona zwiększającą się trudnością misji Lila trwożliwie zgadza się na rozwiązanie z kodem do domofonu.

Wyszła.
Na balkon wkracza Tatuś Kochany (cały w bieli) z kamerą. Nie, nie żartuję.
Tatuś Kochany nagrywa unikalny dokument, na którym uwiecznione jest, jak jego pierworodna:
1. Maszeruje dziarsko w kierunku kontenerów na śmieci.
2. Wraca i pyta, do którego z nich ma wrzucić worek. Po uzyskaniu odpowiedzi, maszeruje ponownie.
3. Wraca i oznajmia, że ten kosz jest za wysoki i ona nie potrafi wrzucić tam śmieci. Po uzyskaniu porady, żeby zrobiła to umiejętnym rzutem zza główki, znika za murkiem.
4. Po sekundzie wraca, pytając, czy ma te pieluchy wyrzucić z workiem, czy bez worka.
5. Po uzyskaniu wyjaśnienia dopełnia misji i nie doznając uszczerbków na ciele i umyśle pokonuje drogę śmietnik-mieszkanie, po drodze dzielnie radząc sobie z domofonem.

Po powrocie dzieli się jeszcze refleksją, wygłoszoną z poważną miną i filozoficznym zaśpiewem:
Ja tak sobie pomyślałam: "nigdy tego nie robiłam, ale przecież kiedyś muszę się nauczyć".

Łzy wzruszenia, oklaski, kurtyna.





15.04.2016

Opiekunka

Lilka, 6 lat, 5 miesięcy i 2 tygodnie


Lila przynosi mi kubeczek:
- Proszę, OTO kubeczek po rodzynkach Rózi.
- Macie już budyń - mówię.
- Dziękuję, ale na razie nie. Musimy dokończyć nasze zajęcia plastyczki-chorzyczki.
- Co!?
- Bo Rózia jest chora, więc jej zorganizowałam zajęcia plastyczne, żeby się nie nudziła. Potem przyjdę na budyń, a dla Rózi wezmę jeden na wynos.

Wchodzę, warsztat na łóżku rozłożony, animatorka dwoi się i troi, chora zachwycona.





A tymczasem Adelka...

14.04.2016

Adelka - niespieszne i mało interesujące doniesienia z frontu.

Adelka, 8 tygodni

Nie jest źle w domu z trójką, powiem Wam. Jeszcze nieźlej jest wtedy, kiedy starsza dwójka, albo choćby 50% tej dwójki spędza czas w przedszkolu i nie budzi najmłodszej atakami wylewnej prezentacji siostrzanych uczyć. Ani w ogóle niczym, amen. Ale wszystko do przeżycia. Tak że ten - niezdecydowanych w kwestii powiększania rodziny nieśmiało zachęcam.

Przez tych 8 tygodni zdążyliśmy mieć w domu dwa bardzo potężnie zakatarzone małe noski i jedną ospę (Lila). Najmłodsza, pasiona mlekiem z przeciwciałami, na razie nietknięta żadną zarazą - i niechże tak zostanie.
Pasienie przeciwciałami ma też dodatkowy efekt - trudno stwierdzić, czy uboczny, choć przy tym tempie nabierania masy chyba już tak. Adel rośnie nam w oczach, wczoraj popędziłam do sklepu po pieluchy "3" (3!), bo dwójkom zdarza się już czasem wypuścić górą bogatą zawartość.
Nawiasem mówiąc, "3" to rozmiar, na którym zakończyła swoją przygodę z pieluchami Lilka w wieku dwóch lat.

- A wiesz, mamo, Adelka ma trzech najlepszych kolegów - zagaja Rózia ostatnio.
- Tak? A kto to jest?
- Krab z karuzelki, cycuś i drugi cycuś.

Aha. W sumie racja. Z krabem przegrywamy wszyscy - jego jedynego Adela adoruje ostentacyjnie i bez umiaru. Warunkiem sprzyjającym jest położenie dziecka na przewijaku, najwyraźniej krab od dołu, czyli oglądany z łóżeczka, traci większość powabu.


Kąpiel była problematyczna, ba!, była niemożliwa dopóki nie pożyczyliśmy wiaderka do kąpania niemowląt. Adelka w wiadrze jest kwiatem lotosu.

Adoracja kraba. Krab z offu.

Tak tatuś hoduje sobie małego melomana.

Lilka jest ukochaną zabawką Adelki (drugą po krabie, rzecz jasna). Dobrały się idealnie: Lila może mówić, mówić i mówić niestrudzenie, w tym czasie Adelka bardzo uważnie się jej przygląda i słucha jak zaczarowana.

A tu już Adelka adoruje Adelkę. Lusterko przyjacielem każdej kobiety.

04.04.2016

I'm a dreamer...

Lilka, 6 lat i 5 miesięcy

Wychodzi z balkonu, gdzie stała, podziwiając okoliczności przyrody, i żali mi się smętnym głosem:
- Mamo, a Rózia mi nie pozwala spokojnie pomarzyć.
- Jak to? - pytam ostrożnie, nie bardzo kumając, o co jej chodzi.
- Bo ja bym sobie tak chciała popatrzyć na te kwiatki, na ptaszki, a ona mi ciągle gada i gada!

03.04.2016

O tym, jak Rózia nie została wegetarianką

Różyczka, 4 lata, 3 miesiące


- Mamo, co będzie dzisiaj na obiad? - spytała Rózia, dziecko głodne przez większą część życia.
- Kurczak i ryż z warzywami.
- To ja chcę tylko ryż.
- O, dlaczego?
- Nie będę jeść kurczaka - smutka minka mode on. - On kiedyś żył, mi jest szkoda kurczaczka, nie będę go jeść.
- Ale to nie jest taki mały żółciutki kurczaczek. To wieelki kurczak - mówię i obłuda tłumaczenia nawet mnie samą lekko zniesmacza, więc omal nie dodaję, że to wredne i głupie ptaszysko, które biło kolegów, pluło na chodnik i wyrażało się obelżywie o niepełnosprawnych. Czego nie robi matka, żeby nie musieć zmieniać planów obiadowych...
- Dużego też nie chcę. Ja w ogóle chcę jeść kurczaków! Ani innych zwierzątek. Nigdy!
Nie można zaprzeczyć, dziecko ma rację, empatia mu się włączyła, nie zamierzam walczyć z faktami, choć, szczerze mówiąc, bardzo nie mi się chce bawić w dietę wegetariańską czterolatki, skoro reszta rodziny jest mięsożerna - umiarkowanie mięsożerna, ale jednak. Tym niemniej - szanuję wybór małoletniej:
- Dobrze, kochanie, nikt ci nie każe jeść kurczaka, zjedz ryż.

Na to wchodzi Tatuś Kochany, wyjaśniam mu pokrótce, w czym rzecz. Tatuś, jedyny naprawdę zdeklarowany mięsożerca w naszym gronie, spogląda na mnie z lekkim politowaniem.
- Nie chcesz jeść kurczaka, tak? - upewnia się, kierując pytanie w stronę młodej adeptki wegetarianizmu.
- Nie chcę.
- A mięsko zjesz?
- Taaak! - rozpromienia się Rózia i ochoczo siada do obiadu.

Kwestie dietetyczno-etyczne zostają niniejszym odroczone do odwołania.

24.03.2016

Z zabaw i gier dziecięcych

Lila, 6 lat i 5 miesięcy
Rózia, 4 lata i 3 miesiące

"Ja jestem ludzikiem, a ty mapą" - mówi jedna do drugiej.
W co bawią się moje dzieci? W Google Streetview...



Lila: ...i teraz się bawimy, że miałaś złamaną rękę - idź sobie znajdź jakiś gips. A ja byłam pielęgniarką, ale kotkiem, więc wcale mnie nie rozumiałaś, miau, miau.




Tu należy się słowo wstępu. W zeszłym roku zmieniłam imię. Oficjalnie, w papierach, na to, którego faktycznie używam. A wczoraj podsłuchałam taki dialog-zabawę:

Róża: Moja mama ma na imię Ida.
Lila: A moja Karolina.
 - Bo to jest ta sama mama.
- Nie, nie ta sama, one tylko tak samo wyglądają.
- No, mają takie same włosy i oczy...
- Ale pójdziemy na spacerek z moją mamą, ok?
- Z moją też.
- Nie, tylko z moją, bo twoja mama nam pozwoliła, żebyśmy szły z moją. Bo twoja jest w pracy. 


I obrazek.
Porządne cienie do powiek, 150 zł. Radość dziecka, bezcenna.

16.03.2016

O hojności

Różyczka, 4 lata, 2 miesiące i 3 tygodnie

Dziewczyny dostały w niedzielę słodycze od Lilowej chrzestnej - po paczce czekoladek kinder, a dodatkowo Lilka wzbogaciła się o sześć jajek-niespodzianek i pozwolenie na zjedzenie jednego dziennie.

Dzisiaj Rózia, która siedzi w domu ze mną i Potężnym Katarem, wymyśliła, że przygotuje Lili niespodziankę: kiedy byłyśmy na spacerze, wyszukała dwa białe kamyczki (ostatnio znalazły sobie po jednym i chciały je pomalować, ale Lilka swój zgubiła tuż przed wejściem do domu i potem rozpaczała) - w domu włożyła kamyki do pudełeczka, dorobiła karteczkę "Dla Lili" i podekscytowana pobiegła do mnie:
- Mamo, ja tam chciałabym jeszcze coś dołożyć. Weź moją czekoladkę, dam Lili.
- Na pewno?
- Tak!
- Ale wiesz, że Lila ma swoje? I to nawet więcej niż ty. Nie będziesz żałować?
- Niee, ja przecież dla wszystkich jestem dobra.

No jest.

10.03.2016

Tatuś Kochany

Lila, 6 lat i 4 miesiące
Róża, 4 lata i 2 miesiące
Adelka, 2 tygodnie
Tatuś Kochany, 4 razy tyle, co wszystkie córki naraz 

Lila urodziła się 2 listopada. Potrafiła przespać 6 h z rzędu i była wybitnie niekłopotliwa. Ale pierwszy raz wyszłam z domu bez dziecka 20 grudnia, żeby kupić prezenty świąteczne. Uwinęłam się z wszystkimi w 1,5 h, to był mój życiowy rekord podarunkowy (raczej niechlubny, bo niespecjalnie miałam czas na kreatywność), no, może porównywalny z obrobieniem wszystkiego w Dzień Darmowej Dostawy w grudniu 2011, kiedy leżałam w ciąży z Rózią.

Trzecie to jednak inna bajka. Luzik. Kąpanie co trzeci dzień, jak się akurat przypomni. Ubieranie body przez głowę jedną ręką. Brak dylematów typu "czy aby się najada" (jasne, że się najada, żre jak smok i sika jak drugi smok). Machnięcie ręką na hałas w domu (śpi to śpi, zbudzi się, to będzie obudzona). Unoszenie brwi na hasło "dieta matki karmiącej" i błyskawiczne wychodzenie na spacery, z przekonaniem, że jeśli się czegoś zapomni, to na pewno nie będzie to na tyle niezbędne, żeby się przejmować.

No i na scenę wkracza Tatuś, cały w bieli.
Niby siedział tam od początku, ale mimo wszystko jakoś tak nieśmielej. Może to moja wina, że wcześniej za bardzo chciałam być ekspertem od własnych dzieci i w Tatusia nie wierzyłam dostatecznie.
Tymczasem teraz został niepostrzeżenie ekspertem od Adelki.
I jakiś hormon mu się zaktywizował, dzięki któremu to on słyszy, że dziecko płacze. I on je potrafi uspokoić. Uśpić bez cycka. Odłożyć do łóżeczka.
Mogę nakarmić i pójść w długą, a nieustraszony Tatuś Kochany zostaje na posterunku, bawi, tuli i usypia.
Na trzecie dziecko to on namawiał mnie, ale kto wie czy - jeśli trend się utrzyma - na czwarte nie namawiałabym kiedyś ja jego. Oczywiście czysto hipotetycznie, bo wiadomo, że jestem już matczynym matuzalemem i, doprawdy, nie przesadzajmy z tą prokreacją.