Idyjotka postanowiła się rozmnożyć

Powiedzmy, że to blog-córka. Choć lepiej wyglądałoby "córki".
Tego blogu .

A gdyby ktoś szukał ojca - znajdzie go tu :)

Miłego czytania.


2 lip 2017

Dlaczego moje dzieci nie chorują

Nie wiem.
Dziwi mnie to od kilku dobrych lat.
Wokół choróbska, szpitale, baterie lekarstw, wymienianie się sposobami na męczący kaszel, przewlekły katar, polecanie nawzajem dobrych pediatrów...


Tymczasem:
Lilka, lat 7,5, w tym roku szkolnym opuściła w szkole w sumie jakieś 5 dni jesienią i 3 dni na wiosnę. Ani razu w ciągu ostatniego roku nie miała gorączki. Może dwa razy była zakatarzona. Nigdy w życiu nie brała antybiotyku.
Rózia, lat 5,5. Antybiotyk - raz, w wieku 2 lat, na zapalenie ucha. Kiedy była młodsza, miewała mniej więcej raz na 2 miesiące kilkudniowe epizody gorączki (poza wysoką temperaturą nic się nie działo), na którą dostawała nurofen i nic więcej - czekaliśmy, aż przejdzie samo. W tym roku zdarzyło się to może raz.
Adelka, 16 miesięcy. Kiedy miała 7 tygodni, przeszła ospę, którą zaraziła się od sióstr. Poza tym 3-4 razy w życiu miała katar.

Od stycznia 2016 r. u lekarza z dzieckiem, którymkolwiek, byłam dwa razy. Nie licząc trzech wizyt "ospowych" i szczepień.

Bardzo chciałabym podać Wam receptę na to, żeby dzieci nie chorowały.
Jeszcze bardziej chciałabym na niej zarobić gruby piniądz, ale niestety, nie potrafię z całą pewnością wskazać, czego zasługą jest końskie zdrowie moich dziewczyn.

Genów bym w to nie mieszała - i ja, i Tatuś Kochany nie mieliśmy jako dzieci żelaznego zdrowia.

Kiedy zastanawiam się nad tym, co może być przyczyną, a raczej - całym splotem przyczyn - wymieniłabym:

1. Nieprzegrzewanie.
Zimą mamy nastawiony termostat na 18,5 ºC. Mieszkamy w starym budownictwie, mamy duże mieszkanie, które trudno byłoby mocno ogrzać, nawet gdybyśmy chcieli. Czasem trzeba narzucić dodatkową bluzę, ale spokojnie da się wytrzymać. Jeśli komuś jest tu zimno, to mnie, dzieci nigdy nie narzekały, są przyzwyczajone.
Staram się też, żeby dziewczyny wychodziły z domu i codziennie były trochę na powietrzu - ale nie przeceniałabym roli wietrzenia w naszej sytuacji, bo mieszkamy na Górnym Śląsku i to powietrze jest tu bardzo kiepskie, a zimą wręcz tragiczne.

2. Jedzenie.
Nie jestem bardzo radykalna w planowaniu moim dzieciom zdrowej diety - ale nie dlatego, że nie chcę, a dlatego, że nie do końca mam możliwości. Poddałam się. Nie jestem w stanie walczyć z przedszkolną kuchnią (która, nawiasem mówiąc, mocno się poprawiła w ostatnich 2 latach), nie jestem w stanie brutalnie odebrać dzieciom słodyczy, które dostały od kolegów albo babci. Ale moje dziewczyny mimo wszystko, w porównaniu z kolegami, mają dość ograniczony dostęp do cukru - w domu muszą się zadowolić rodzynkami albo miodem, słodycze jedzą raz w tygodniu, w niedzielę. Wiedzą, że cukier jest niezdrowy - i choć uwielbiają słodkie, jak większość dzieci, widzę, że są w stanie same się ograniczyć, nie pochłaniając całej tabliczki czekolady naraz albo chomikując jakieś łakocie do niedzieli, kiedy będą mogły je zjeść.
Poza tym staram się kupować zdrowsze, mniej przetworzone jedzenie. Do picia - woda. Chleb - na zakwasie, pieczony w domu.

3. Podawanie lekarstw wtedy, kiedy są naprawdę konieczne.
Zwłaszcza antybiotyków. Wiadomo - jak trzeba, to trzeba. Ale trzeba naprawdę rzadko. Antybiotyki wyniszczają florę bakteryjną jelit, którą wcale nie tak łatwo jest na nowo odbudować, a która ma ogromne znaczenie dla kształtowania odporności.

4. Zdrowy stosunek do higieny.
Lila i Rózia mają już nawyk mycia rąk, ilekroć przyjdą z dworu do domu. Nie muszę im o tym przypominać, to druga czynność zaraz po zdjęciu butów. Z drugiej strony - tak jakoś wyszło, że nasza młodzież używa mydła tylko do mycia rąk i sporadycznie ma głowy myte szamponem. Kąpią się codziennie, ale po prostu spłukując się wodą. Nie niszczymy bariery lipidowej, nie alkalizujemy skóry, która skuteczniej broni się przed bakteriami.
Kolejną sprawą było i jest patrzenie przez palce na wyczyny młodszej młodzieży i jej samodzielne hartowanie układu immunologicznego. Zjadanie starych rodzynek wygrzebanych zza tapczanu, lizanie butów, całowanie się z kotem, wkładanie do buzi smoczka, który przedtem udawał piłkę nożną... Nie upilnuję, żeby dziecko tego nie robiło, więc wychodzę z założenia, że nie będę broniła dziecka przed światem - musi się z nim zetknąć i uodpornić. Jak na razie to podejście mnie nie zawiodło.

5. Karmienie piersią.
Lila była karmiona najkrócej, po 13 miesiącu wolała pić z kubeczka, a pierś traktowała obojętnie. Rózia została odstawiona, kiedy miała dwa latka i do dziś tęsknie patrzy, jak karmię Adelkę :)

6. Sposoby mniej racjonalne.
Codziennie cieszę się z tego, że moje dziewczyny tak pięknie rosną i nie chorują. I modlę się, żeby dalej tak było. Kto wie, może to jest najważniejsze w tym wszystkim? :)





11 komentarzy:

  1. A czy dziewczyny chodziły do żłobka? I jeżeli tak to od jakiego wieku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lila chodziła, odkąd skończyła 1,5 roku. Róża poszła do przedszkola, kiedy miała 2 lata.

      Usuń
    2. No to nieźle, nasza Kinga całą zimę w żłobku przechorowała... Poszła jak miała rok i 2 miesiące. W sumie ze 4 antybiotyki licząc Bactrim. Śląskie powietrze nie pomagało, jak tylko pojechaliśmy do Austrii infekcja przeszła szybciutko... BTW nie wspomagacie się jakimiś sprzętem do poprawy powietrza?

      Usuń
  2. Zazdroszczę niechorujących dzieci :) Moje chłopaki swoje odchorowali w dzieciństwie, ale od kilku lat mogę odetchnąć. Młodszemu pomogło wycięcie migdałów, starszy po prostu wyrósł :) I wprawdzie w dzieciństwie swoją porcję antybiotyków zjedli, ale ładnych kilka lat ich nie brali (odpukać!).
    Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyznaję taka samą filozofię i efekty u mojego synka widać podobne - 7 lat, zero antybiotyków, sporadyczne przeziębiania. I oby tak dalej :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja mimo wszystko jedzenie postawiłabym na pierwszym miejscu - poza tym większość punktów nam się pokrywa :) Brak lub mocne ograniczenie cukru w diecie zwłaszcza w pierwszych latach plus pięknie wyhodowana flora bakteryjna nie wyniszczona antybiotykami i organizm naprawdę niewiele więcej potrzebuje, żeby samemu sobie poradzić z każdym zarazem. U nas podobna sytuacja - Antoni ma 4 lata na karku, antybiotyk brał raz w życiu na zapalenie ucha (dwa miesiące temu zresztą), rok temu poszedł do przedszkola i na tle wiecznie zasmarkanej grupy frekwencję zaniżyła mu tylko ospa ;) U nas robotę robią jeszcze soki warzywno-owocowe (domowe-robione) w ilości około pół litra na dobę - i po tym też widać, jak tam u dziecia ze zdrowiem jelitek. Na moim taka ilosć nie robi wrażenia, ale znam dzieci w jego wieku, które autentycznie nie są w stanie tego "strawić" i natychmiast jest biegunka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ucięło mi końcówkę komentarza :) Chciałam jeszcze napisać, że faktycznie, jestem zaskoczona pozytywną zmianą w przedszkolnych jadłospisach, oby tak dalej i żeby to tylko nikomu nie zaczęło przeszkadzać. Plus, że dzieci kochane (zdroworozsądkową, nie za "ciepłą" i nie za "zimną" miłością), to zdrowe dzieci i tyle :)

      Usuń
  5. Jesteś cudowną matką! Gratuluję wyważonych proporcji miłości i rozsądku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Piszcie mi tak częściej! Będę sobie czytać po tym, jak wydrę się na dziewczyny za wieczne olewanie tego, co do nich mówię. A może sobie przeczytam przedtem i będzie mi głupio się wydrzeć :)

      Usuń