Nie wiem, z jakich pobudek zostaje się lekarzem pediatrą. Kontakt z kilkoma z nich utwierdza mnie w przekonaniu, że nie z sympatii do dzieci.
Byłam z Rózią niedawno na bilansie dwulatka. Rózia gada zdaniami, śpiewa piosenki, wycina nożyczkami, układa puzzle i pyka w memory jak stary. I, pani doktor, jak się jej powie "otwórz buzię", to ją otwiera. Prędzej czy później, bo czasem trzeba chwilę popertraktować, jeśli ma akurat coś innego do roboty. Nie trzeba od razu na siłę wciskać jej drewnianego patyka w gardło aż po same nerki. Można też poczekać, aż oswoi się ze stetoskopem. Niedługo, naprawdę, kilkanaście sekund. Można się uśmiechnąć. Można zauważyć, że dziecko jest człowiekiem, a nie torebką swojej mamy, psiakrew. Mamy, która, nawiasem mówiąc, usilnie starała się wytłumaczyć dziecku, co się zaraz będzie działo i której nie dano szansy, bo trzeba było się spieszyć.
Siedziałam w poczekalni pół godziny i na własne oczy widziałam, że za nami nie było tłumu chorych na malarię małych Murzyniątek czekających na natychmiastowe podanie im chininy. Nikogo nie było.
Można było przedłużyć wizytę o kilka minut i sprawić, żeby moje dziecko na dźwięk słowa "doktor" nie zaczęło histerycznie płakać. Bo zaczęło.
Kolejna sprawa: przyszłyśmy rano, zapisane miesiąc wcześniej, na godzinę, która - jak mniemałam - zarezerwowana jest na szczepienia i badania dzieci ZDROWYCH. Wpadłyśmy wprost na wypluwającego w poczekalni płuca chłopca, a kiedy próbowałam przejść z Rózią korytarzykiem pod drugi gabinet, pani rejestratorka powstrzymała mnie okrzykiem, żeby tam nie, bo tam ospa. Pani miała mój numer telefonu. Czasem dzwoni, żeby przypomnieć o terminie szczepienia albo umówić się na kolejne. Czy bilans dwulatka, de facto zmierzenie, zważenie i pobieżne zbadanie dziecka oraz odpowiedź na parę śmiesznych pytań w rodzaju "czy dziecko trafia jedzeniem do buzi" to naprawdę jest tak istotne badanie, żeby nie można było go przełożyć?
Idyjotka postanowiła się rozmnożyć
Powiedzmy, że to blog-córka. Choć lepiej wyglądałoby "córki".
Tego blogu .
A gdyby ktoś szukał ojca - znajdzie go tu :)
Miłego czytania.
Tego blogu .
A gdyby ktoś szukał ojca - znajdzie go tu :)
Miłego czytania.
2 sty 2014
Małpa w kąpieli
Rózia, 2 lata z kawałeczkiem
Rózia z Lilką siedzą w brodziku i dokazują. Nagle młoda zaczyna jęczeć.
- Nóśka boli.
Tatuś Kochany, jak każdy rodzic, zna najlepszy sposób na bolące odnóża i inne wypustki:
- Co, trzeba pocałować?
- Nie, ty nie! - wzbrania się Róża - Ty kujońci, mama dobla.
Rózia z Lilką siedzą w brodziku i dokazują. Nagle młoda zaczyna jęczeć.
- Nóśka boli.
Tatuś Kochany, jak każdy rodzic, zna najlepszy sposób na bolące odnóża i inne wypustki:
- Co, trzeba pocałować?
- Nie, ty nie! - wzbrania się Róża - Ty kujońci, mama dobla.
26 gru 2013
Dwulatka
Rózia, równo dwa
- Róziu, a wiesz, co dzisiaj jest? Masz uro...
- ...dzinki. Dzie jeś mój tolt?
A tu solenizantka przy torcie. Widoku tortu Wam oszczędzę, ale smakował lepiej niż wyglądał, co nie znaczy, że doskonale :)
- Róziu, a wiesz, co dzisiaj jest? Masz uro...
- ...dzinki. Dzie jeś mój tolt?
A tu solenizantka przy torcie. Widoku tortu Wam oszczędzę, ale smakował lepiej niż wyglądał, co nie znaczy, że doskonale :)
19 gru 2013
Jasełka w przedszkolu
Najpierw występ - Lila na scenie, Róźka na widowni - potem wspólne prace plastyczne. Obie dziewuszki dawały z siebie wszystko.
Intymność
Rózia, za tydzień skończy dwa lata
Rózia wchodzi za mną do łazienki.
- Ja paciem - informuje uprzejmie.
- Widzę, kochanie - odpowiadam również uprzejmie, choć bez entuzjazmu.
- Kaćka teś paćsi - oznajmia Rózia, pokazując mi gumową kaczuszkę, którą trzyma w rączce. Nasłuchuje:
- O, siusiu! Bawoo!! - Rózia klaszcze z rozmachem, po czym każde mi szybko się odsunąć, bo musi przecież spuścić wodę ("Ja pućsić!!").
Teraz oglądamy bajki, bo kaczka chciała.
Rózia wchodzi za mną do łazienki.
- Ja paciem - informuje uprzejmie.
- Widzę, kochanie - odpowiadam również uprzejmie, choć bez entuzjazmu.
- Kaćka teś paćsi - oznajmia Rózia, pokazując mi gumową kaczuszkę, którą trzyma w rączce. Nasłuchuje:
- O, siusiu! Bawoo!! - Rózia klaszcze z rozmachem, po czym każde mi szybko się odsunąć, bo musi przecież spuścić wodę ("Ja pućsić!!").
Teraz oglądamy bajki, bo kaczka chciała.
13 gru 2013
Mamo, mam nowego przyjaciela
Rózia, dwa lata bez 13 dni
Ostatnio Rózia przy obiedzie zapragnęła nakarmić kotka. Ponieważ prawdziwy z niespecjalnym entuzjazmem podszedł do faszerowania go ryżem ze szpinakiem, ofiarą opiekuńczych instynktów młodej padł święty kotek z obrazka fundacji Kocie Życie (nieodparcie kojarzy mi się z tymi rozdawanymi przez księży chodzących po kolędzie).
Rózia bardzo sprawiedliwie dzieliła - łyżeczka dla niej, łyżeczka dla kotka.
Następnego dnia okazało się, że opieka nad płaskim sierściuchem nabrała charakteru stałego i kotek był namiętnie częstowany mandarynkami i pojony z plastikowego klocka mającego imitować butelkę.
Może kupić Rózi lalę, co?
Ostatnio Rózia przy obiedzie zapragnęła nakarmić kotka. Ponieważ prawdziwy z niespecjalnym entuzjazmem podszedł do faszerowania go ryżem ze szpinakiem, ofiarą opiekuńczych instynktów młodej padł święty kotek z obrazka fundacji Kocie Życie (nieodparcie kojarzy mi się z tymi rozdawanymi przez księży chodzących po kolędzie).
Rózia bardzo sprawiedliwie dzieliła - łyżeczka dla niej, łyżeczka dla kotka.
Następnego dnia okazało się, że opieka nad płaskim sierściuchem nabrała charakteru stałego i kotek był namiętnie częstowany mandarynkami i pojony z plastikowego klocka mającego imitować butelkę.
Może kupić Rózi lalę, co?
9 gru 2013
Mistrz szukania
Różyczka, rok, 11 miesięcy i dwa tygodnie
Rózia jeździ ze mną po sklepie wózkiem na zakupy, wcina bułę i narzeka, że chce jej się pić.
- Czekaj, zaraz poszukamy jakiegoś picia.
- Piciu, dzie jećteś?! Piciu, tu jećteś? Piciu!!
Rózia jeździ ze mną po sklepie wózkiem na zakupy, wcina bułę i narzeka, że chce jej się pić.
- Czekaj, zaraz poszukamy jakiegoś picia.
- Piciu, dzie jećteś?! Piciu, tu jećteś? Piciu!!
6 gru 2013
O miłości
Rózia, rok, 11 miesięcy i 11 dni
Poszliśmy z dziewczynami na mikołajki do firmy Tatusia Kochanego. Lila i inne przedszkolaki występują, deklamują, śpiewają, w tym czasie Rózia albo przykleja mi się do pleców, kiedy kucam, uśmiercając tym samym stabilizację obrazu w moim obiektywie, albo domaga się cycka, albo podnosi sobie bluzeczkę po szyję i prezentuje zebranym, jak bardzo okrągły ma brzuszek - jednym słowem: nudzi się, jest jej źle i domaga się uwagi. Wreszcie wyczekiwany moment - rozdanie prezentów. Panie przedszkolanki wnoszą gigantyczne torby z wielkimi maskotkami w środku. Wiemy, bo Róźka zrobiła już rekonesans. Nie da się jej odciągnąć od toreb. Podbiega albo podkrada się na brzuchu i usiłuje zawłaszczać pluszowe zwierzaki, a kiedy bierzemy ją na ręce, wyrywa się, wije i urządza brewerie.
Uspokajamy, że zaraz dostanie swój.
I nagle konsternacja.
Dla Róźki nie ma prezentu.
Jakimś cudem nie dotarł do nas mail o tym, że powinniśmy zgłosić nasze dziecko do mikołajkowej paczki. Lila, jako firmowy przedszkolak, dostanie prezent z automatu (uff), ale Róża nie.
Biegnę, wyciągam z torebki skitraszone tam na czarną godzinę jajko-niespodziankę, pakuję do małej torebeczki, podpisuję "Rózia" i podrzucam Mikołajowi.
Po kolejnych minutach wrzasków Róźka dostaje swój prezent, radośnie odpakowuje to biedne czekoladowe jajko, połowę zjada.
- Rózia, jeszcze masz drugą połowę. Zjedz! - poganiam, zniechęcona widokiem rozmaślającej się na ciepłych paluszkach czekoladki.
- Nie! Lili! - woła Różyczka i przeciska się z czekoladką w wyciągniętej łapce przez tłumek oczekujących jeszcze na prezent w poszukiwaniu siostry.
Wróciłam do domu z wielkim pluszowym kocurem i dwiema najukochańszymi siostrzyczkami, jakie znam.
Poszliśmy z dziewczynami na mikołajki do firmy Tatusia Kochanego. Lila i inne przedszkolaki występują, deklamują, śpiewają, w tym czasie Rózia albo przykleja mi się do pleców, kiedy kucam, uśmiercając tym samym stabilizację obrazu w moim obiektywie, albo domaga się cycka, albo podnosi sobie bluzeczkę po szyję i prezentuje zebranym, jak bardzo okrągły ma brzuszek - jednym słowem: nudzi się, jest jej źle i domaga się uwagi. Wreszcie wyczekiwany moment - rozdanie prezentów. Panie przedszkolanki wnoszą gigantyczne torby z wielkimi maskotkami w środku. Wiemy, bo Róźka zrobiła już rekonesans. Nie da się jej odciągnąć od toreb. Podbiega albo podkrada się na brzuchu i usiłuje zawłaszczać pluszowe zwierzaki, a kiedy bierzemy ją na ręce, wyrywa się, wije i urządza brewerie.
Uspokajamy, że zaraz dostanie swój.
I nagle konsternacja.
Dla Róźki nie ma prezentu.
Jakimś cudem nie dotarł do nas mail o tym, że powinniśmy zgłosić nasze dziecko do mikołajkowej paczki. Lila, jako firmowy przedszkolak, dostanie prezent z automatu (uff), ale Róża nie.
Biegnę, wyciągam z torebki skitraszone tam na czarną godzinę jajko-niespodziankę, pakuję do małej torebeczki, podpisuję "Rózia" i podrzucam Mikołajowi.
Po kolejnych minutach wrzasków Róźka dostaje swój prezent, radośnie odpakowuje to biedne czekoladowe jajko, połowę zjada.
- Rózia, jeszcze masz drugą połowę. Zjedz! - poganiam, zniechęcona widokiem rozmaślającej się na ciepłych paluszkach czekoladki.
- Nie! Lili! - woła Różyczka i przeciska się z czekoladką w wyciągniętej łapce przez tłumek oczekujących jeszcze na prezent w poszukiwaniu siostry.
Wróciłam do domu z wielkim pluszowym kocurem i dwiema najukochańszymi siostrzyczkami, jakie znam.
Mikołajki
Lila, 4 lata, miesiąc i 4 dni
Rózia, rok, 11 miesięcy i 11 dni
Reakcja Lili na mikołajowe prezenty "Mamo, Mikołaj jest bardzo miły! Te prezenty są DOSKONAŁE!"
Reakcja Rózi "Moje! Moje! Moje! Moje! Moje!"
Rózia, rok, 11 miesięcy i 11 dni
Reakcja Lili na mikołajowe prezenty "Mamo, Mikołaj jest bardzo miły! Te prezenty są DOSKONAŁE!"
Reakcja Rózi "Moje! Moje! Moje! Moje! Moje!"
5 gru 2013
Lekoman
Rózia, rok, 11 miesięcy i 10 dni
Róźka po kąpieli wychodzi z brodzika, patrzy na apteczkę, pokasłuje wymownie, patrzy na mnie. Nie reaguję. Kaszel wzmaga się na sile, po czym urywa i samozwańcza pani doktor ordynuje: "ilopku Józi dać".
- Róźka, nie dostaniesz syropku, ty udajesz, wcale nie jesteś chora.
- Józia ola. Tyci-tyci ola. Ilopku daj.
Róźka po kąpieli wychodzi z brodzika, patrzy na apteczkę, pokasłuje wymownie, patrzy na mnie. Nie reaguję. Kaszel wzmaga się na sile, po czym urywa i samozwańcza pani doktor ordynuje: "ilopku Józi dać".
- Róźka, nie dostaniesz syropku, ty udajesz, wcale nie jesteś chora.
- Józia ola. Tyci-tyci ola. Ilopku daj.
30 lis 2013
Wieczorynki
Lilka, ponad cztery lata
Róźka, prawie dwa
Czwartek. Szósta trzydzieści. Wstajemy, idziemy do kuchni na kawę. Ze swojego pokoju przychodzi Lila. Robimy wielkie oczy, bo na ogół nasze poranki nie obfitują w takie rozkosze, jak widok dziecka uśmiechniętego, kompletnie ubranego (!), niemal gotowego już do wyjścia. Obfitują natomiast w polecenia, prośby, krzyki, błagania i połajanki, z których statystycznie najczęstsze są: "już jest późno", "nie ma na to teraz czasu" i "Lila, ile razy mam ci powtarzać?!".
I co się okazuje? Nasza sprytna córka ściągnęła piżamkę tuż przed zaśnięciem, założyła dwie bluzeczki, majtki, skarpetki i spodenki, wszystko po to, żeby zyskać trochę czasu po przebudzeniu. Chytrze.
Za to nasza młodsza córka, o czym dowiedzieliśmy się od mojej mamy, która poprzedniego wieczoru opiekowała się dziewczynkami, tuż przed snem rozebrała się do naga i bawiła się w łóżeczku w stercie ciuchów, które samodzielnie wygrzebała z szuflady obok. Prawdopodobnie usiłowała naśladować starszą, ale umiejętności starczyło jej tylko na etap początkowy.
Do dziś usiłujemy zwalczyć megakatar, którego się nabawiła, ale wierzymy, że zabawa była tego warta.
Róźka, prawie dwa
Czwartek. Szósta trzydzieści. Wstajemy, idziemy do kuchni na kawę. Ze swojego pokoju przychodzi Lila. Robimy wielkie oczy, bo na ogół nasze poranki nie obfitują w takie rozkosze, jak widok dziecka uśmiechniętego, kompletnie ubranego (!), niemal gotowego już do wyjścia. Obfitują natomiast w polecenia, prośby, krzyki, błagania i połajanki, z których statystycznie najczęstsze są: "już jest późno", "nie ma na to teraz czasu" i "Lila, ile razy mam ci powtarzać?!".
I co się okazuje? Nasza sprytna córka ściągnęła piżamkę tuż przed zaśnięciem, założyła dwie bluzeczki, majtki, skarpetki i spodenki, wszystko po to, żeby zyskać trochę czasu po przebudzeniu. Chytrze.
Za to nasza młodsza córka, o czym dowiedzieliśmy się od mojej mamy, która poprzedniego wieczoru opiekowała się dziewczynkami, tuż przed snem rozebrała się do naga i bawiła się w łóżeczku w stercie ciuchów, które samodzielnie wygrzebała z szuflady obok. Prawdopodobnie usiłowała naśladować starszą, ale umiejętności starczyło jej tylko na etap początkowy.
Do dziś usiłujemy zwalczyć megakatar, którego się nabawiła, ale wierzymy, że zabawa była tego warta.
29 lis 2013
28 lis 2013
Pyskacz nocnikowy
Róża, rok, 11 miesięcy i 2 dni
Ledwie to od ziemi odrosło i tak dalej. Ledwie "mama" niedawno gadało, pieszcząc moje uszy, oczywiście pod warunkiem, że było to "mama" na dzień dobry i do przytulania, a nie "mama, zrobiłam kupę" ani "mama, nie uważasz, że w moim łóżeczku jest chorobnie nudno i należałoby mnie stąd natychmiast wyprowadzić".
A teraz co?
Wkładam młodą do łóżeczka, a mało śpiąca i najwyraźniej skora do zatrzymania mnie przy sobie Rózia od razu symuluje grubszą potrzebę wucetową. Wzdycham, wyciągam ją i - nie wierząc w ani jedno słowo małej przechery - nawet nie zanoszę do łazienki, tylko sadzam na nocniku. Oczywiście nic nie robi, jednak zdjąć się nie da.
- Róźka, potworo, ty wcale nie chcesz kupki.
- Sce kupke!
- To dlaczego nie robisz?
Róźka wznosi wzrok ku sufitowi z miną "ojtam, ojtam":
- Dobla, siusiu.
- Siusiu też nie robisz. Wstań, założę ci pieluchę.
- Nie!
- To nie. To ja cię tu zostawię zaraz i sobie pójdę, a ty będziesz siedzieć.
- Dobla, mamusiu, idź - pokonuje mnie Róź moją własną bronią. Touché. Nie pomyślałam, że ma mnie gdzieś.
Ledwie to od ziemi odrosło i tak dalej. Ledwie "mama" niedawno gadało, pieszcząc moje uszy, oczywiście pod warunkiem, że było to "mama" na dzień dobry i do przytulania, a nie "mama, zrobiłam kupę" ani "mama, nie uważasz, że w moim łóżeczku jest chorobnie nudno i należałoby mnie stąd natychmiast wyprowadzić".
A teraz co?
Wkładam młodą do łóżeczka, a mało śpiąca i najwyraźniej skora do zatrzymania mnie przy sobie Rózia od razu symuluje grubszą potrzebę wucetową. Wzdycham, wyciągam ją i - nie wierząc w ani jedno słowo małej przechery - nawet nie zanoszę do łazienki, tylko sadzam na nocniku. Oczywiście nic nie robi, jednak zdjąć się nie da.
- Róźka, potworo, ty wcale nie chcesz kupki.
- Sce kupke!
- To dlaczego nie robisz?
Róźka wznosi wzrok ku sufitowi z miną "ojtam, ojtam":
- Dobla, siusiu.
- Siusiu też nie robisz. Wstań, założę ci pieluchę.
- Nie!
- To nie. To ja cię tu zostawię zaraz i sobie pójdę, a ty będziesz siedzieć.
- Dobla, mamusiu, idź - pokonuje mnie Róź moją własną bronią. Touché. Nie pomyślałam, że ma mnie gdzieś.
22 lis 2013
O pani Tralalalalalińskiej
Różyczka, rok i prawie 11 miesięcy
Pamiętacie szpaka Mateusza z "Pana Kleksa", który mówił tylko końcówki wyrazów? Z Róźką porozumiewamy się podobnie. Cały początek zastępowany jest przez odpowiednią liczbę sylab zawierających "l". Czasem, dla ułatwienia, Róźka dorzuca jakąś onomatopeję, np. lililila hop, to trampolina, a lelelek ał - plasterek (w odróżnieniu od samego lelelek, które znaczy np. sweterek)
Zanotowałam jeszcze lululutku (powolutku), lulutko (malutko), lilika (papryka) i lololka (biedronka). Życie z dzieckiem bardzo gimnastykuje umysł rodzica :)
Pamiętacie szpaka Mateusza z "Pana Kleksa", który mówił tylko końcówki wyrazów? Z Róźką porozumiewamy się podobnie. Cały początek zastępowany jest przez odpowiednią liczbę sylab zawierających "l". Czasem, dla ułatwienia, Róźka dorzuca jakąś onomatopeję, np. lililila hop, to trampolina, a lelelek ał - plasterek (w odróżnieniu od samego lelelek, które znaczy np. sweterek)
Zanotowałam jeszcze lululutku (powolutku), lulutko (malutko), lilika (papryka) i lololka (biedronka). Życie z dzieckiem bardzo gimnastykuje umysł rodzica :)
21 lis 2013
Pyskacz
Lila, 4 lata i 19 dni
Wyganiam dziewczyny z brodzika (wcześniej zdążyły wyjąć korek i trzeba było nalewać wodę na nowo, a następnie zrobiły z łazienki Krainę Tysiąca Jezior, więc naprawdę miałam już ich dosyć...). W ferworze zdarzeń otulam Róźkę w ręcznik Lili.
Rózia: Niee! Lili to!
Ja: O, rzeczywiście, pomyliłam się.
Lila: Oj, mamo, ty głupolu.
Ja: Nie gadaj, tylko natychmiast zakładaj piżamę! - Tu następuje mała kotłowanina będąca wynikiem moich starań, żeby jej tę piżamę jak najszybciej naciągnąć, i starań Lilki, żeby absolutnie do tego nie dopuścić.
Lila: Nie chcę! Jesteś niefajna!
Ja: Hm, może masz rację. Wiesz, poszukaj sobie nowej mamy.
Lila: Nie, wolę ciebie. Bo ty masz takie fajne spodenki.
Kurtyna.
Wyganiam dziewczyny z brodzika (wcześniej zdążyły wyjąć korek i trzeba było nalewać wodę na nowo, a następnie zrobiły z łazienki Krainę Tysiąca Jezior, więc naprawdę miałam już ich dosyć...). W ferworze zdarzeń otulam Róźkę w ręcznik Lili.
Rózia: Niee! Lili to!
Ja: O, rzeczywiście, pomyliłam się.
Lila: Oj, mamo, ty głupolu.
Ja: Nie gadaj, tylko natychmiast zakładaj piżamę! - Tu następuje mała kotłowanina będąca wynikiem moich starań, żeby jej tę piżamę jak najszybciej naciągnąć, i starań Lilki, żeby absolutnie do tego nie dopuścić.
Lila: Nie chcę! Jesteś niefajna!
Ja: Hm, może masz rację. Wiesz, poszukaj sobie nowej mamy.
Lila: Nie, wolę ciebie. Bo ty masz takie fajne spodenki.
Kurtyna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
